Przemieszczając się między ruchliwym Bejrutem, wspaniałymi świątyniami antycznego Byblos, czy zabytkami Tyru moją uwagę przykuły sklecone z desek budy nakryte przyduszoną oponami folią polietylenową. Obozowiska te pojawiały w różnych miejscach terytorium Libanu zwiedzanego przez nas, pielgrzymów z Polski we wrześniu 2016. „To obozy uchodźców z Syrii”- informował nasz przewodnik, ksiądz maronita Kazimir Gajowy. Z Kazimirem przegadaliśmy niejeden wieczór. To właśnie wtedy narodził się pomysł zorganizowania pomocy dla ofiar reżimu Asada.
Uchodźcy- temat, który podzielił nasz kraj, głownie za sprawą polityków. Ocenia się, że ok. 20 mln Polaków żyje zagranicą. Skąd się tam wzięli? Po prostu wyemigrowali, głównie po to aby poprawić swoje warunki życiowe. Na szczęście nie musieli uciekać przed bombami, tak jak większość Syryjczyków, którzy przez ostatnie lata masowo uciekali ze swojego kraju, ratując życie swoje i swoich dzieci.
Na terytorium Libanu znajduje się obecnie ok. 5 tys. obozów dla uchodźców z Syrii i Palestyny. Liczbę Syryjczyków szacuje się na 2 mln, a Palestyńczyków na 500 tys. W porównaniu z 6 milionową liczbą rdzennych Libańczyków to ponad 40% ludności całego kraju. To tak jakby do Polski przyjechał mnie jeden milion, czy nawet dwa, a 16 milionów obywateli Ukrainy, do Niemiec ponad 30 mln obywateli Turcji, a do USA przeprowadził się cały Meksyk, bo właśnie 130 milionów liczy ich południowy sąsiad. U nas, po deklaracji premier Ewy Kopacz w 2015 o przyjęciu ok 10-12 tysięcy imigrantów z Syrii, w ramach wspólnotowej solidarności z krajami, które znalazły się na pierwszej linii frontu inwazji imigrantów, rozpętana została imigranto- i islamofobia. Jak zatem powinni zachować się Libańczycy?
Taka ogromna liczba imigrantów, nie ma co ukrywać, generuje wiele problemów: zaopatrzenie obozów w żywność, w wodę, w elektryczność jest tam bardzo trudne, a to jest zaledwie część kłopotów. Ogromne wyzwanie to także relacje społeczne. Znalezienie pracy dla tak wielu przybyszów, przy ok. 20-30% bezrobociu w kraju, graniczy z cudem. Równocześnie zdesperowani uchodźcy, żeby przeżyć są gotowi pracować w każdych warunkach i za każdą stawkę, dumpingując przy okazji poziom wynagrodzeń na rynku pracy. Kolejnym problemem są sprawy religijne. Obecnie wśród rdzennych Libańczyków połowę stanowią chrześcijanie, a drugą część, i tu znów po połowie, szyici i sunnici. Prezydentem zawsze jest chrześcijanin (maronita), premierem sunnita, a przewodniczącym parlamentu szyita. Przyjęcie do grona obywateli Libanu 2,5 mln uchodźców, którzy w 99% są muzułmanami, zakłóciłoby natychmiast tę kruchą równowagę społeczno- religijną i z najwyższym trudem wypracowany polityczny kompromis.
Wraz z kolegą Danielem Wcisło od 2013 r., w ramach największej organizacji humanitarnej na świecie Lions Clubs, której jesteśmy członkami, organizujemy biegi charytatywne Freedom Charity Run (www.freedomcharityrun.org). Przez ten czas przebiegliśmy ponad 4 000 km w 8 krajach na 3 kontynentach. Co roku zbieramy w ten sposób fundusze na pomoc dzieciom w potrzebie. Beneficjentami biegu były już dzieci z Niemiec, Ukrainy i Łotwy. Za zebrane pieniądze w rezultacie biegu w Japonii w 2016 r. na trasie Hiroshima- Fukuoka, budowany jest obecnie hostel w miejscowości Lokhim, w Himalajach, w Nepalu. Kazimir natchnął nas aby bieg FCR 2017, na 1000 km trasie w USA zadedykować dzieciom uchodźców syryjskich z obozów w Libanie. Wkrótce okazało się, że z tą samą inicjatywą wystąpili członkowie organizacji Lions Clubs z Niemiec pod kierownictwem Detleva Geisslera z Halle. Dołączyli także do nich członkowie Lions Clubs z Francji. Nowy trójkąt Weimarski- tym razem pełen humanitarnej pomocy? Czemu nie- bardzo nam to odpowiada.
Dzięki biegowi w USA i wspaniałej szczodrobliwości wielu osób zainspirowanych w ten sposób, udało się zebrać 9 200 $. W 2018 roku planując kolejny ponad 1000 kilometrowy bieg FCR 2018 z Poznania przez Pragę i Norymbergę do Strasburga, postanowiliśmy tę pomoc kontynuować. Tym razem 13 000 $, połowa zebranych funduszy zostanie przekazana dzieciom syryjskim. Druga część wsparła operację nóżki półtorarocznej Matyldy.
Wczesnym rankiem 24 marca 2019 r. wraz z Detlevem udaliśmy się do obozu Arsal. Najpierw jechaliśmy taksówką opłaconą przez naszego kolegę z Libanu, Mourcheda Chahine. Następnie, ze względów bezpieczeństwa, przesiedliśmy się do samochodu organizacji pozarządowej Beyond. Towarzyszył nam jej pracownik Tarek, a następnie dołączył mieszkaniec Arsal- Jaser. Co znamienne Tarek jest szyitą, Jaser sunnitą, Detlev ateistą, ja katolikiem. To świetny przykład porozumienia we wspólnym celu ponad granicami, tradycją i przekonaniami religijnymi. A więc można się różnić pięknie, a przy tym zgodnie współpracować!
Po drodze, w kilkunastu posterunkach wojskowych, uzbrojeni po zęby żołnierze kontrolowali nas i nasze auto. Szczególnie ostatnia kontrola pozostawiła u nas niezwykłe napięcie emocjonalne, połączone z poczuciem kompletnej bezradności. Blisko godzinę czekaliśmy na zgodę na przekroczenie „granicy”. Potrzeba było akceptacja aż trzech instytucji: szefa posterunku wojskowego, secret service i naszelnika całego miejscowego oddziału wojskowego. Nasz niepokój spotęgowało dodatkowo aresztowanie na naszych oczach jednej z osób oczekujących wraz z nami na zgodę przekroczenia granicy.
Po tych licznych perturbacjach dotarliśmy w końcu do obozu. W porównaniu z innymi, które odwiedzałem wcześniej, robił wrażenie dobrze prowadzonego i w miarę uporządkowanego. Szkoła ma 6 klas, w których na dwie zmiany uczy się 280. dzieci. Były świetnie przygotowane na naszą wizytę, śpiewały piosenki i deklamowały wiersze w j. angielskim. Wszystkie poczęstowaliśmy zakupionymi uprzednio cukierkami. Te dzieci, jak nam się wydawało, są takie same jak nasze; wesołe i uśmiechnięte. Jak sądziliśmy, nie zdają sobie jeszcze sprawy, że gdzieś dalej jest zupełnie inny, jakże doskonalszy świat.
Niestety rozmowy z nauczycielami wyprowadziły nas natychmiast z tej błogiej nieświadomości. Większość z nich przeżyło piekło. Często były świadkami śmierci swoich najbliższych, bywało że rodziców. Co równie przerażające, wiele z nich było także ofiarami molestowania seksualnego- mikstura koszmaru, na szczęście niewyobrażalna dla przeciętnego dziecka z Unii Europejskiej. To właśnie szkoła, pomimo swoich jakże skromnych możliwości, jest dla nich oazą spokoju, miłości i bezpieczeństwa. Większość z nich zapewne nigdy nie wyrwie się poza teren obozu, dlatego tak ważne jest uczynienie ich życia łatwiejszym.
Sabah- to w arabskim języku oznacza „poranek”. Tak na imię 14. letniej dziewczynce, która co noc pracuje w rzeźni kurcząt. Odcina nożem setki ich główek, oskubuje pióra i puch, patroszy. Jej ręce są czerwone, pełne plastrów okrywających rany na palcach. Codziennie gdy nastaje poranek, udaje się do swojego baraku i po krótkiej toalecie, bez minuty snu pędzi do szkoły. Tylko ona daje jej szansę na lepsze życie. Wkrótce jednak skończy ostatnią klasę i na tym jej edukacja się zakończy. Bez pomocy z zewnątrz nie ma szans dostać się do gimnazjum, o studiach nie wspominając. Do tej samej szkoły chodzą jeszcze jej dwie siostry 13- letnia Khadija i 8- letnia Hanan. Czy dostaną od życia szansę? Ależ to przecież nie jakieś abstrakcyjne „życie” o tym decyduje ale MY, ludzie dobrej woli! Razem możemy uczynić ich życie lepszym, wspanialszym tym wymarzonym.
W każdej z 6 klas, które odwiedziliśmy, częstowaliśmy wszystkie dzieci cukierkami, a następnie informowaliśmy o biegu Freedom Charity Run, biegu przez tysiące kilometrów aby pomóc innym. Opowiadaliśmy o współpracy ludzi dobrej woli z Polski, Niemiec i Francji. Dawaliśmy równocześnie nasz przykład, sąsiadów Polski i Niemiec, a także Niemiec i Francji, którzy przestali ze sobą walczyć, a w to miejsce nawiązali współpracę i przyjaźń. „Zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”- tę maksymę staraliśmy się przekazać zarówno dzieciom jak i ich nauczycielom.
Po rozmowach z dziećmi, w pokoju dyrektora szkoły Abdusalama Ghanouma przedstawiliśmy nasze możliwości pomocy. Dzięki biegowi Freedom Charity Run 2017 w USA zebraliśmy 9 200 $, a FCR 2018 w Europie ok. 13 000 $. Razem to ponad 22 tys $. Wraz z zebranymi funduszami przez kolegów z Niemiec i Francji to ok. 70 000 $. Część już przekazano w latach ubiegłych. Poprosiliśmy o informacje jak nasi partnerzy z Arsal zamierzają spożytkować resztę- ponad 15 000 $. Istnieje możliwość aby na bazie zebranych obecnie funduszy uzyskać grantu z centrali Lions Clubs z USA. Można więc te fundusze podwoić. Poprosiliśmy więc aby po rozpoznaniu potrzeb i kalkulacji kosztów przygotowali wraz z administracją obozu projekt na 30 i 50 tys $. Może coś jeszcze dozbieramy.
Pozostaje sprawa Adab i jej dwóch sióstr. Bardzo chcielibyśmy im pomóc. Może wśród czytelników GW znajdą się osoby, które do nas zechcą dołączyć? Nasze konto to LC Poznań Rotunda 47 1140 2004 0000 3302 7654 132 z dopiskiem „edukacja dla Adab”.
Po spotkaniu ok 16.00 wyjechaliśmy w drogę powrotną, Tym razem przebiegała zdecydowanie sprawniej. Bejrut powitał nas uśmiechem zachodzącego słońca. Wraz z Detlevem uśmiechaliśmy się także.